Anatomia na szpilkach – poradnia chorób nijakich

1.Poradnia chorób nijakich

 Nie ma większego huraganu w życiu kobiety niż macierzyństwo. Nie ma takiej kariery która by nie zbladła i zmalała wobec wyzwań, przed którymi stawała każda matka nowo urodzonego dziecka. Matylda Przekora podążając zgodnie z odwiecznymi prawami natury uznała, że macierzyństwo jest ważniejsze od każdej kariery naukowej i zdrowia wszystkich bywalców oddziału chorób wszelakich.

 Z chwilą gdy została matką Maniuli postanowiła udać się na trzyletni urlop wychowawczy. Decyzja ta została  uznana przez sfery szpitalne za  niebywale ekstrawagancką.

– Nikt cię nie będzie znał – wieszczyły dwórki z najbliższej świty ordynatora Wielkosza.

– Jakoś to przeżyję – odpowiadała Matylda.

– Oderwana od szpitala zgłupiejesz i będzie umiała tylko ugotować zupę – oznajmiła jedna z wiernych dwórek.

– Ważne, że nie umrę z głodu, a co do reszty to zobaczymy, dajcie mi szansę zaryzykować i postawić na coś innego niż dreptanie za ordynatorem na obchodach i wystawanie w jego sekretariacie w oczekiwaniu na łaskawe przyjęcie w gabinecie.

 Ta zuchwała i  wcześniej przez żądną z asystentek nie podejmowana decyzja oznaczała w istocie, że Matylda przestała być jednym z elementów wspaniałego dworu ordynatora,  słynnego uzdrowiciela chorych i pocieszyciela strapionych w Wielkim Mieście. Matylda  w dworskiej społeczności stanowiła  element niewielkich rozmiarów, raczej lokujący się na jego obwodzie, nigdy nie wyznaczany do awansów, wyjazdów zagranicznych, nagród finansowych, kariery naukowej wyższego szczebla. Nie zasługiwała na te dobra więc trudno aby ordynator przydzielał je osobie, której z definicji się nie należały! Przedstawmy jej niedoskonałą osobowość z wykorzystaniem jakże modnych hashtagów.

# Czy Matylda  odwiozła kiedykolwiek ordynatora samochodem z pracy do domu? Nigdy! Nie dość tego nie miała nawet prawa jazdy i co oczywiste samochodu.

# Czy można ją było prosić o zrobienie przeźroczy dzień przed wykładem? W żadnym wypadku!

# Czy patrzyła ordynatorowi z uwielbieniem w oczy? Ani razu nie posłała mu spojrzenia pełnego uwielbienia z dołączonym wydłużonym westchnięciem poruszającym cząsteczki powietrza z pęcherzyków płucnych trzeciorzędowych.

Wobec tak zaawansowanych braków w osobowości i potencjale asystenckim decyzje ordynatora o nieprzydzielaniu jej czegokolwiek atrakcyjnego były oczywiste i zasłużone! Asystent to jest ktoś kto powinien ordynatorowi asystować i kicać dookoła niego na dwóch łapkach, a nie dyskutować z podawaniem cytatów z najnowszego piśmiennictwa naukowego, dociekać niepotrzebnych szczegółów tak delikatnych jak na przykład komu wypłacono pieniądze za prace zlecone wykonane przez Matyldę. Taka nieprzyjemnie dociekliwa jednostka powinna zrozumieć, że powściągliwość emocjonalna jest  dla wspinania się po drabinie klinicznej kariery umiejętnością podstawową.

Co więcej postanowiła po trzyletnim urlopie wychowawczym przenieść się z oddziału chorób wszelakich  do poradni chorób nijakich dzięki czemu nie musiała pełnić całodobowych dyżurów lekarskich na oddziale szpitalnym. Mogła spokojnie odprowadzać Maniulę do szkoły, odbierać jak po lekcjach, odpowiadać na wszystkie zadawane przez córkę pytania,  czuwać nad jej zdrowiem rozwojem.

Z powodu kolekcji wspomnianych wyżej nieciekawych cech osobowości, z którymi przychodziło ordynatorowi obcować przez wiele, lat prośba Matyldy o przeniesienie do poradni chorób nijakich została przez ordynatora zaakceptowana z nieskrywaną radością. Stosowne dokumenty podpisane zostały autografem z zamaszystym ogonem, który mógł być odczytany przez znawcę symboli graficznych tylko w jeden  sposób ja, Władysław Wielkosz tu rządzę i nikt inny.

Czas płynął, powstawały nowe inwestycje w Wielkim Mieście, które objęły także służbę zdrowia.  Oddział chorób wszelakich przeniósł się do nowego centrum medycznego wybudowanego na obrzeżach miasta, natomiast poradnia chorób nijakich zawisła w niezdefiniowanym  niebycie. Pewnie tkwiła by do dziś, gdyby dyrekcja szpitala nie zażądała dołączenia poradni do struktur oddziału. Odległość czterech gmachów między poradnią a oddziałem stworzyła nowy, dość bezkolizyjny byt. Do czasu!

Po kilku latach niemrawych zmian w służbie zdrowia nadszedł huragan organizacyjno – koncepcyjny. Pacjenci stali się klientami, za którymi szły pieniądze… Wprawdzie nikt tych pieniędzy tak ulokowanych na własne oczy nie widział, ale skoro wszyscy o tym mówili to coś musiało być na rzeczy. Profesor Władysław Wielkosz przeszedł na emeryturę, schedę po nim przejął prof. Antoni Przecientny, utalentowany biznesowo zwycięzca konkursu na następcę.

Antoni szybko  dokonał biznesowej restrukturyzacji przychodni i Matylda wypadła za burtę wspaniałego żaglowca MS „Choroby Wszelakie” pływającego po morzach i oceanach wiedzy klinicznej wraz z towarzyszącym mu małym jachtem „Choroby Nijakie”.

Matylda po pierwszej chwili oszołomienia złapała oddech, dopłynęła do  widniejącego na horyzoncie brzegu  i rozejrzała się dookoła. W zasięgu wzroku nie było widać nikogo znajomego ani znanego. Gdzieś w oddali majaczyła sylwetka jakby znanego żaglowca, który zmierzał w tylko sobie znanym kierunku oddalając się od lądu na który los przemian wyrzucił Matyldę. Rozejrzała się dookoła, w prawo i w lewo – nie było obok niej nikogo.

– A więc jestem sama w takim położeniu… tylko ja i nikogo więcej dookoła. A to dopiero historia!  – ostrożnie analizowała swój stan fizyczny i psychiczny po tym w sumie nieoczekiwanym wydarzeniu.

-Kim ja teraz jestem? Co mogę robić? Co znaczę we wszechświecie medycznym?  Wiele pytań i żadnej znanej odpowiedzi. Mogła równie dobrze nazywać się dr Matylda Nikt – Proszalska, wszak  już nie była jedną z tej słynnej w całym Wielkim Mieście drużyny ordynatora, zasiadającej na medycznym Olimpie.

To co odczuwała było uczuciem do tej pory nikomu nieznanymi z kręgu jej znajomych. Jak można było opisać odczucia Matyldy? Nazwijmy je  z wykorzystaniem terminologii anatomicznej, aby nikogo nie gorszyć dosadną terminologią: ból d… , pardon ból obu  mięśni pośladkowych większy niż… owa część ciała.

Na wszelkie obite miejsca medycyna ludowa zalecała okłady z liści kapusty naprzemiennie  z zimnymi opatrunkami, trudno jednak było do końca życia leżeć z kapustą rozłożoną na  mięśniach pośladkowych. Potrzebna była inna kuracja.

Po wyrzuceniu za burtę mięśnie pośladkowe  ciągle  bolały… Matylda instynktownie czuła, że zmiana liści kapusty na inne warzywo nie gwarantowało pomyślnego przebiegu kuracji. Trzeba było podnieść się i wrócić do realnego świata.

                                                           ***

Koniec roku i zwyczaj pisania postanowień noworocznych pomógł Matyldzie poprawić swoje samopoczucie.  W kalendarzu na Nowy Rok napisała następujące postanowienia:

# nigdy nie powracać  umysłowo, fizycznie i towarzysko na oddział chorób wszelakich

# doskonalić się w języku angielskim

# zwiedzić świat

# zarabiać poprzez pisanie o medycynie

Przyszpitalna poradnia chorób wszelakich to jeszcze było coś zauważalnego przez wielki świat medyczny – przyjeżdżali do niej pacjenci z innych miast na konsultację,  można było uczestniczyć w posiedzeniach naukowych, ale jakaś poradnia chorób nijakich na mieście to już było jedno wielkie nic! Kto by tam zwracał uwagę na życiowo przegrane jednostki w niej pracujące? Powtarzając maksymę przekazaną Matyldzie przez matkę recytowała od czasu do czasu:

Inny zwierz pewno załamałby łapy

I bił się w chrapy,

Wołając gromu, ażeby go dobił:

Nasz lis takich głupstw nie robił;

Wie, że rozpaczać jest to zło przydawać do zła.

pozwalało jej przetrwać, jednak dominowało uczucie, że jest nikomu nie potrzebna za całą swoją wiedzą medyczną i doświadczeniem klinicznym.

Napisanie postanowień poszło szybko, ale ich realizacja to był zupełnie inny świat. Matylda spędziwszy dotychczasowe swoje zawodowe życie w szpitalu nie do końca zdawała sobie sprawy z tego i co lekarz może robić poza szpitalem.

Po kilku tygodniach słuchania arii operowych, projektowania wirtualnych wypraw do Monaco, wybieraniu własnej top listy cudów świata do odwiedzenie Matylda zdecydowała się na powrót do świata realiów zawodowych. Po dyskusjach z koleżankami zdecydowała się na pracę w placówce prywatnej zwanej Lecznica Lekarzy Specjalistów „Udana Kuracja”, którą zarządzała prezes Ewa Czapla – Ropuszańska. Pani prezes miała zmysł biznesowy, rozległe znajomości oraz oryginalne poglądy na pracę lekarzy. Przed wszystkim uważała ona, że lekarze pracują wyłącznie dlatego aby realizować swe powołanie do niesienia pomocy innym. Pieniądze zdaniem pani prezes powinny ich nie interesować ani odrywać od pracy. Przy takim podejściu do kwestii finansowych uzyskanie wynagrodzenia każdego miesiąca graniczyło z cudem. Kto nie upomniał się przynajmniej trzy razy w sekretariacie o wypłatę ten jej nie otrzymywał.

– Nie wiem po co lekarzom potrzebne są pieniądze? – mawiała prezes Ewa.

Zaletą placówki była dobra jej lokalizacja w środku Wielkiego Miasta, miłe przedwojenne wnętrza i kompetentny personel średni. Od czasu do czasu gabinet odwiedzał jakiś rep przynosząc zaproszenie na kolejny wykład o postępach w medycynie.

Matylda starannie selekcjonowała otrzymywane zaproszenia w odróżnieniu od jej towarzyszki niedoli pod rządami ordynatora Wielkosza, nieco młodszej od niej  dr Bożysławy Laskowskiej – Malinowskiej. Sławka łykała wszelką wiedzę medyczną bez zastanowienia się od kogo pochodzi. Gdy nadeszło zaproszenie na wykład prof. Antoniego Przecientnego nie posiadała się z radości.

– Sławka, opanuj się! Nie łykaj każdej marketingowej głupoty – Matylda starała się wytłumaczyć towarzyszce niedoli co kryje się za zaproszeniem. Przecież Antoni nie widział połowy chorób wszelakich! Nie! Jestem zbyt dla niego życzliwa! Przecież on pracując za granicą, szefując w laboratorium w kraju, wyjeżdżając kilka razy w miesiącu na wykłady do innych miast nie widział osiemdziesięciu procent chorób wszelakich, a nijakich też, no chyba że ktoś rodzinie miał katar! – przekonywała Matylda.

Katar w gabinecie prywatnym był zagadnieniem nie mniej ważnym niż zawał serca w szpitalu. Pacjenci bezwzględnie wymagali realizowania zasady „płacę i wymagam”. Matylda podejrzewała, że niektórzy z nich byli mocno zdziwieni iż wychodząc z gabinetu nie otrzymywali certyfikatu zapewniającego nieśmiertelność.

2.Medycyna nowa, niech się stara schowa

Dotychczas zgromadzona wiedza szpitalna byłą niewystarczająca do kontynuowaniu praktyki lekarskiej. Przekonanie, że moc leczniczą ma tylko defibrylacji, ksylokaina 100 mg podanych z ręki, antybiotyk zaordynowany dożylnie nie sprawdzały się w świecie katarów zagrażających życiu pacjenta, bezgranicznie silnych bólów całego ciała, osłabienia wykluczającego udanie się do pracy i kilku innych stanów nagłych dziwnie nasilonych w poniedziałek rano. Okazywało się, że katar był cierpieniem daleko bardziej zaawansowanym niż wszystkie inne cierpienia świata. To przewartościowanie wiedzy medycznej wymagało nowych szkoleń.

Matylda postanowiła skorzystać z zaproszenia na konferencję organizowaną przez Szpital Staromiejski, gdzie przed laty zdawała egzamin specjalizacyjny z chorób wszelakich. Zapamiętała szpital jak okazały i elegancki – takim jawił się jej podówczas młodej lekarce przystępującej do egzaminu. Wizyta po trzydziestu latach od tych odległych wydarzeń była przykrym rozczarowaniem. Hall szpitalny wyglądał jak jeden wielki jarmark upstrzony licznymi kioskami. Wiszący tuż przy wejściu rząd płaszczy Matylda zdiagnozowała jak szatnie typu open space, tymczasem okazało się, że były to płaszcze wystawione na sprzedaż przez prężny biznes, który oblepiał medycynę na tysiąc możliwych sposobów.

-Ale gapa ze mnie! Zamiast numerka do szatni powinnam podać numerki karty kredytowej! Cale życie człowiek się uczy!

Plan biznesowy sprzedawcy płaszczy najwyraźniej zakładał, że pacjent przyjęty latem spędzi w zakładzie leczniczym tyle czasu, że przy wypisie będzie wymagał zakupu płaszcza na chłody jesieni. Odnaleziona w końcu szpitalna szatni wyglądała jeszcze bardziej komicznie niż reszta otoczenia. Obsługująca szatnię kobieta żądała od interesantów opłaty poczym w majestacie prawa wprowadzała transakcję do kasy fiskalnej!

– Gdybym była  kosmitą uwierzyłabym, że żyję w kraju o perfekcyjnym systemie płacenia podatków.

Sala wykładowa znajdowała się na czwartym piętrze, na które klekocąca i chybocząca się na boki winda dowoziła słuchaczy.  Sala wykładowa w szaroburej tonacji kolorystycznej wyglądała na obiekt nie remontowany od początki świata, parametry przestrzenne pomiędzy siedzeniem a pulpitem dowodziły, że projektant nigdy nie był na żadnym wykładzie. Na szczęście wykłady były interesujące i rekompensowały wszystkie niedostatki krajobrazu szpitalnego. Omawiano nieżyt alergiczny nosa, którego częstą przyczyną okazały się być koty. Gdyby ktoś chciał zniwelować ich alergizujące działanie powinien kąpać koty co najmniej trzy razy w tygodniu – dowodził wykładowca. Nauka kolejny raz wyprzedziła życie i zdrowy rozsądek i podążyła w jej tylko znanym kierunku – pomyślała Matylda.

– Nie przytulaj kota – brzmiał podprogowy przekaz nadany przez wykładowcę. To, że on jest miły, miękki i mruczy powabnie to tylko pozory dzięki którym cię wabi aby przekazać ci cały arsenał swoich alergenów. Bądź czujny! Jeśli obcujesz z czymś co wydaje ci się miłe bądź czujny podwójnie!

– Właściwie to słuszna zasada ostrożności – pomyślała Matylda, przypominając zasadę wyznawaną przez jedną z jej koleżanek, której motto brzmiało: unikaj przesadnie uprzejmych ludzi, to tylko maska pod którą skrywają swoje pazury agresji.

Po omówieniu alergenów wykładowca pokazał endoskopowe wnętrza nosów zaatakowanych przez różne choroby. Przypominały jaskinie. Matyldzie zdawało się, że w niektórych jaskiniach już kiedyś była…

-Dość tych fantazji! – skarciła samą siebie. Pora wracać do świata realnego. Seminarium dobiegło końca i pora było przygotować się do powrotu do domu. Nieodłącznym elementem powrotu z konferencji było przyniesienie Maniuli kolejnego długopisu. Zaopatrzyła się i tym razem w kilka egzemplarzy. Jeden z czarnych długopisów przypomniał jej wyjazd na kongres w Mediolanie  i wyprawę na zakupy do centrum handlowego La Rinascente. Jednorazowa wyprawa na kongres w towarzystwie Sławki, odbyta dzięki zaprzyjaźnionemu repowi, pozostawał miłym wspomnieniem domagającym się powtórki. Jednak aby to zdarzyło się potrzebne było posiadanie co najmniej miliona monet, których pod ręką akurat Matylda nie miała. Pozostawało marzyć i czekać na okazję, która nadeszła z zupełnie nieoczekiwanej strony.

Podczas kongresu Towarzystwa Krążeniowego Matylda nawiązała kontakt z wydawcą miesięcznika „Wszystko dla Zdrowia”. Dziewczyny obsługujące stoisko wydawnictwa chętnie odpowiadały na kolejne pytania zadawane przez Matyldę i w rezultacie rozmowa zakończyła się deklaracją współpracy w kwestii pisania artykułów na temat chorób wszelakich.  Po powrocie z konferencji do domu Matylda siadła do komputera i napisała sprawozdanie z kongresu z nadzieją na publikację w piśmie. Redaktor naczelny artykuł nieco przeredagował dodając mu nieco dziennikarskiego stylu łagodzącego akademickie maruderstwo do którego to stylu pisania Matylda była wdrożona w czasach praktyki szpitalnej i artykuł został zakwalifikowany do druku.

– Pani Matyldo, co napiszemy odnośnie afiliacji? Już podobno pani nie pracuje u ordynatora Wielkosza? Czy dobrze jestem poinformowany? – zapytał wydawca.

– Dobrze jest pan zorientowany – odpowiedziała Matylda. Pracuję w firmie prywatnej jako lekarz, a co do artykułów to może niech pan napisze dziennikarz medyczny, freelancer. W końcu jest taka forma praktykowana prze dziennikarzy.

– Wolałbym jakąś placówkę medyczną podać jako pani miejsce pracy. Tak ujęta afiliacja wskazuje, że autor jest praktykującym lekarzem, to przyciąga czytelników – wyznał szczerze.

-Panie redaktorze, z tym jest pewien problem… – odpowiedziała Matylda. Pracuję jako lekarz w Lecznicy Lekarzy Specjalistów „Udana Kuracja” gdzie prezesem jest pani Ewa Czapla – Ropuszańska, ale przecież nie będę pisała, że jest ona moim kierownikiem – stanowczym tonem wyznała Matylda. Nie była, nie jest i nigdy nie będzie – dodała rozwiewając ewentualne wątpliwości na przyszłość.

– No ale gdyby jednak jakoś to ulokować w strukturach medycznych to jak by pani proponowała? – nalegał redaktor.

– Panie redaktorze, czy zakłada pan, że ja bez kierowniczej siły narodu nie jestem w stanie napisać artykułu? –  odpowiedziała Matylda nieco poirytowana tym niespodziewanym zapotrzebowaniem wydawcy na posiadanie kierownika dyrygującego pracą autora.

-No dobrze… niech będzie freelancer – wydawca wyczuł, że nie namówi Matyldy na podporządkowanie się pod czyjekolwiek kierownictwo. Pojawienie się nazwiska Matyldy na łamach znanego pisma zachęciło innych wydawców do zaproszenia jej do współpracy, ale formuła dziennikarza medycznego, freelancera została zaakceptowana.

Mijały kolejne miesiące w czasie których Matylda pisała kolejne artykuły na akademicką modę o chorobach wszelakich, przyjmowała pacjentów w Lecznicy Lekarzy Specjalistów „Udana Kuracja” i wszystko wskazywało na to, że osiągnęła mini stabilizację zawodową.

Na jeden z sobotnich dyżurów zgłosiła się pacjentka z bólami w klatce piersiowej. Matylda zbadała pacjentkę i wykonała ekg w którym niczego szczególnie niebezpiecznego nie stwierdziła. Dla pewności zleciła jeszcze badania krwi, które wypadły prawidłowo. PO dwóch tygodniach od wizyty prezes Czapla – Ropuszańska wezwała Matyldę do gabinetu i  z dobrze wyprodukowaną troską na obliczu oznajmiła.

-Pani doktor, jest poważny problem… pacjentka, którą pani badała na sobotnim dyżurze zmarła… rodzina zastanawiała się dlaczego tak się stało… myśleli, że powinna pani skierować pacjentkę do szpitala… udało mi się wytłumaczyć, że zrobiła pani wszystko co powinna zrobić w takiej sytuacji… no rozumie pani… że dużo mi zawdzięcza – wyznała prezes Ewa.

-Nie bardzo rozumiem co pani prezes chce zasugerować, ale aby nie narażać panią na dalsze stresy obrony mnie przed wyimaginowanymi zagrożeniami składam niniejszym wymówienie ze skutkiem natychmiastowym – oznajmiła Matylda wzburzonym głosem.

-Ależ pani Matyldo po co tak się pani denerwuje? Ja tylko myślałam, że pani mi się odwdzięczy za wybronienie z kłopotów kierując więcej pacjentów na ten zabieg oczyszczania krwi, który oferujemy pacjentom od pewnego czasu. Ludzie słabo rozumieją jakie korzyści mogą odnieść z tego wspaniałego zabiegu i trzeba by ich mocniej zachęcać.

-Pani prezes, było miło, ale się skończyło, oto moje wymówienie – Matylda położyła dokument na biurku prezes Ewy.

-Pani Matyldo! ależ nie ma powodów tak rozstawać się na zawsze! Niech pani zmieni treść pisma i weźmie bezterminowy urlop bezpłatny.

-No dobrze – zgodziła się Matylda i opuściła lecznicę „Udana Kuracja” z poczuciem, że była to Udana Decyzja.

Trzeba było rozpocząć na nowo poszukiwania placówki, w której mogłaby realizować swój zawód wyuczony za młodu. Ktoś z kolegów polecił jej prywatną firmę „Pusty Kieliszek” specjalizującą się w leczeniu pacjentów uzależnionych od alkoholu. Firmę prowadził znany jej z czasów studenckich osobnik, którego ulubionym zajęciem było przesiadywanie z butelką piwa. Przy kolejnym wysączonym piwie zwykł mawiać:

-Boli mnie hepar, chyba na tej flaszce trzeba skończyć konsumpcję na dziś. Trzeba dbać o wątrobę.  Po kolejnym takim stwierdzeniu koledzy zaczęli na  miłośnika napojów niskoprocentowych wołać per Hepar i tak już zostało.  

Matylda umówiła się na spotkanie z prezesem „Pustego Kieliszka” i po krótkiej rozmowie zdecydowała się na podjęcie pracy.

-Aha, pani doktor mamy taki zwyczaj, że pacjent podaje nam imię i nazwisko ale my go nie legitymujemy… rozumie pani… nie wszyscy chcą mieć dokumentację leczenia się w „Pustym Kieliszku” na swoje nazwisko – oznajmił nieoczekiwanie Hepar.

Matylda miała ochotę  podrzeć napisane przed chwilą podanie o przyjęcie do pracy. Resztkami sił opanowała wzburzenie na obyczaje Hepara i wszystkich prezesów oraz nowych zwyczajów w medycynie komercyjnej.

-Rozumiem więc, że jeżeli pacjent poda w rejestracji, że nazywa się Kazimierz Wielki to mam przyjąć jego oświadczenie jako wiarygodnie i nie dociekać czy może w istocie jest to Władysław Łokietek, czy tak? – zapytała Matylda.

-Znakomicie to pani ujęła – ze śmiechem odpowiedział prezes Hepar.

Na pierwszy dyżur Matyldy zapisał się jeden pacjent. Pracował jako tłumacz kabinowy podczas międzynarodowych konferencji i nie krył faktu iż alkohol pozwala mu na opanowanie stresu po pracy. Nie wszystkie dolegliwości  dało się opanować popijając wino więc postanowił przeprowadzić gruntowną kurację całego organizmu.

Matylda po zbadaniu pacjenta wpisała do historii choroby krótką notatkę o powodach konsultacji i zadowolona opuściła nowe miejsce pracy. Jednak radość okazała się być przedwcześnie wygenerowanym uczuciem. Następnego dnia już o 8;30 dzwonił do Matyldy pełen wzburzenia prezes Hepar.

-Koleżanko, przejrzałem dokumentację którą pani sporządziła i muszę stwierdzić, że wymaga ona gruntownej poprawy.

-Czy ja dobrze słyszę, że lekarz innej specjalizacji ocenia moją dokumentację  sporządzoną u pacjenta który podaje dowolne dane osobowe i zaleca mi rozbudowanie tej fikcji? – dopytywała się Matylda.

-Koleżanko, my w psychiatrii mamy taki zwyczaj, że wszystko bardzo dokładnie opisujemy – oznajmił Hepar.

-Nic nie stoi na przeszkodzie aby pan kontynuował swoje zwyczaje, ale już beze mnie – stwierdziła wzburzona Matylda.  Proszę usunąć moje nazwisko z listy lekarzy przyjmujących w waszej przychodni.

Matylda z zaskoczeniem odkryła, że rozstawanie się z nieciekawym miejscem pracy wcale nie jest trudne, zwłaszcza jak przynajmniej raz spróbowało się taką decyzję podjąć.

– Nie mogę co tydzień zmieniać miejsca pracy. Muszę trochę odpocząć od tej nowej medycyny.

Mały odlot do świata wirtualnego okazał się dobrą kuracją. Matylda przeglądała internet, czytając artykuły fachowe oraz programy medycznych kongresów zagranicznych odkrywała ze zdumieniem, że można zajmować się medycyną nie kontaktując się z pacjentami i co było nie mniej ważne z prezesami wszelkiej maści.

  1. Lingwistyka na co dzień i od święta

Czas płynął i Maniula z przedszkolaka awansowała na uczennicę. Wymagało to kolejnej restrukturyzacji domu, między innymi urządzenia dziecku miejsca do odrabiania lekcji. Francis jako zapalony majsterkowicz postanowił zbudować córce stanowisko do pracy z ruchomym blatem, który miał przemieszczać się w górę wraz ze wzrostem dziecka. Maniula rosła, tata przemieszczał blat, zdawało się że wszystko idzie zgodnie z planem, gdy pewnego dnia przy kolacji posiadaczka nietypowego mebla wyznała:

-Mima, gdy tak słucham to wszystkie dzieciaki mają szufladę… – wyznała zasmucona Maniula. A ja nie mam szuflady przy moim biurku.

– Córeńko już naprawiamy ten brak! – oznajmiła Matylda i zacisnąwszy lekko pasa na domowym budżecie wyasygnowała kwotę niezbędną na zakup biurka z szufladą.

Innym nieczęsto spotykanym problemem w życiu Maniuli był rozkład lekcji w środę.

-Wiesz Mima, z całego tygodnia to najbardziej nie lubię środy – wyznała  któregoś razu przy obiedzie Maniula.

– A dlaczego córeńko nie lubisz środy – zapytała zaintrygowana Matylda.

-Bo wiesz wszyscy ode mnie ściągają z zeszytu rozwiązania zadań, a w środę matematyka jest pierwszą lekcją… no i matematyka się zaczyna a ja nie mam swojego zeszytu i na dodatek nie wiem kto go ma – wyznała Maniula.

-Musisz dbać bardziej o swoje interesy – doradziła matka.

Konflikt interesów zdarzał się w wielu miejscach zupełnie niespodziewanych. Francis był miłośnikiem starannej pielęgnacji swojej fryzury, brwi, brody oraz wąsów. Z wielkim zapałem kremował też  swoje zmarszczki. Siedząc pewnego dnia co najmniej trzy kwadranse przed lustrem w łazience usłyszał za drzwiami stukanie i glos Maniuli:

-Czy długo jeszcze  będziesz się kremował? My też śpieszymy się na zajęcia i do pracy – zawiadomiła zajętego mistrza fryzur.

-Już wychodzę, jednak nie sposób oprzeć się refleksji – zauważył Francis, że rodzina oznacza między innymi tłok w niewłaściwych miejscach i o nietypowej porze.

-Mogłeś zostać bezdzietnym kawalerem – odpowiedziała Matylda. Była to jej typowa riposta na utyskiwania męża na niedogodności  życia rodzinnego

Matylda spoglądając na dorastającą Maniulę miała wrażenie, że ogląda film już kiedyś widziany. Nowsza edycja filmy była może bardziej kolorowa, światowa i wyedukowana w nieznanych pokoleniu poprzedniemu kwestach

-Maniula będziesz brunetką, tak jak twoja matka i babcia – oznajmiła przyglądając się córce pewnego poranka. Mówię ci to bo ja sama nie zauważyłam, że  byłam brunetką.

-Mima ja jestem szatynką – odparła Maniula. Ten ciemniejszy odcień jest od żelu na włosach.

-Też tak myślałam, choć w czasach mojej młodości nie były znane żele do włosów –odpowiedziała Matylda.

Czas płynął, włosy rosły aż osiągnęły imponującą długość sięgając do połowy łopatek. Ani się wszyscy obejrzeli aż Maniula dotarła do klasy maturalnej i przed wszystkimi stanęła potrzeba przedyskutowania kierunku studiów. Matylda dyskretnie sugerowała medycynę, jednak nie wywierała szczególnych nacisków. Przekonanie że lekarka rodząc dziecko zaopatruję rodzinę w zastaw „Mały Lekarz” nie było w Matyldzie zbyt silne, nie miała też kliniki o los której musiałaby się martwić przed przejściem na emeryturę.

Maniula wybrała studia ekonomiczne na uczelni prywatnej, jednak po zrobieniu licencjatu odczuła potrzebę posiadania w swym życiorysie doświadczeń związanych ze studiami uniwersyteckimi.

-Maniula to nie jest konieczne, popatrz na rodziców – oboje nie studiowaliśmy na uniwersytecie i nie narzekamy.

-Muszę zdać na najtrudniejszy wydziała żeby nikt mi nie wytykał, że studiowałam na prywatnej uczelni – oznajmiła Maniula.

– Córeńko ludzie potrafią innym wytykać najdziwniejsze sprawy, życia nie starczy aby zadowolić wszystkich toksycznych malkontentów – przekonywała matka.

– Będę zdawać na hungarystykę, tam jest dziesięciu kandydatów na jedno miejsce… jak się tam dostanę to wszystkim udowodnię, że potrafię zdać egzamin wstępny.

Jak postanowiła, tak zrobiła i ani się wszyscy obejrzeli w przestrzeni domowej zaczęły fruwać różne dziwnie brzmiące słówka. Program edukacji obejmował znajomość nawet tak egzotycznych terminów jak piła łańcuchowa albo pantoflarz.

– Po co mi takie słowa, czy ja kiedyś je zastosuję, w jakim kontekście? – zastanawiała się.

-Kontekst może być różny. Możesz na przykład zadać retoryczne pytanie – sugerowała matka przyszłej hungarystki.

-Jakie? Nie mam pojęcia do czego mi się te słówka mogą przydać – odpowiedziała Maniula.

-W jakimś lingwistycznym towarzystwie błyśniesz takim zdaniem: gdzie jest moja piła łańcuchowa – powiedział pantoflarz. – zasugerowała Matylda.

-Nie będę dalej wkuwać, zdaję na slawistykę – oznajmiła Maniula.

-Akceptujemy wszystkie języki świata, że starocerkiewnosłowiańskim – pogodnie oznajmiła Matylda. Twoja babcia na polonistyce uczyła się tego języka. Każdy uniwersytet jest w stanie edukować w we wszystkich możliwych specjalnościach, jedynie luźno związanych z rynkiem pracy.

-Tobie to dobrze, medycyna to konkretny fach – odpowiedziała Maniula.

-Właśnie mam plan aby oddalić się dostojnym krokiem od tego konkretnego fachu –wyznała Matylda.

-No co tyyyy… Mima opowiadasz, a kto nas będzie leczył, chyba nie będziemy błąkać się po przychodniach w poszukiwaniu lekarza.

-Nie będziecie się błąkać. Zamierzam zachować aktywne prawo wykonywania zawodu lekarza, jednak nie planuję narzucać się coraz bardziej namnażającym się na rynku klientom medycyny, świadczeniobiorcom  i innym ofiarom marketingu medycznego.

-Uff, oddycham z ulgą – jęknęła Maniula. Skoro tak posłuchaj jakich słówek węgierskich nauczyłam się dziś rano. To są nazwy pór roku:  tavasz, nyár, ősz, tél.

-Czy to oznacza wiosna, lato, jesień, zima? – zapytała Matyda.

-Tak!

-Gdy słucham różnych węgierskich słówek, to mam wrażenie, że język ten brzmiał kiedyś podobnie do znanych języków, ale niechcący się rozsypały jego litery. Węgrzy bojąc się, że jakiś inny naród zabierze im litery szybko i pozbierali i ułożyli w zupełnie przypadkowej kolejności i tak już zostało.

-Talán – odpowiedziała Maniula- czyli być może.

-Maniula może na dziś już dosyć tych węgierskich słówek, bo uszy mi się przeciążają i nie będę w stanie odróżnić szmerów w stetoskopie.

Mimo ferii następnego dnia Maniula zerwała się z łóżka już o świcie i najwyraźniej szykowała się do wyjścia.

-Czy ty masz zajęcia na uniwerku? – zapytała matka.

-Nie mam, są ferie, ale lecę na mecz w którym Maciek gra – odpowiedziała Maniula. Potem wstąpię do fryzjera i obetnę włosy na krótkie.

– To „Kruche  Wafle” nadal grają? – zdziwiła się Matylda.

-Niestety rozpadły się jak to z waflami się zdarza i Maciek założył nową drużynę o nazwie „Moralni Zwycięzcy” – wyznała Maniula.

-Dobra nazwa! Sukces zawsze zapewniony! Trzymam za nich kciuki – odpowiedziała Matylda.

Maniula pojawiła się pod wieczór w nowej fryzurze w której wyglądała jak zupełnie nowe dziecko.

– Co za miłe zjawisko! Nowe dziecko w rodzinie, a fryzura bardzo fajna – stwierdziła na widok Maniuli.  Rano pojawił się problem. Włosy sterczały we wszystkich możliwych kierunkach.

-O losie! Jak ja wyglądam! – jęczała Maniula. Podobno jest taka fryzura just out of bed, ale czy można w niej pokazać się światu? – dopytywała się młoda hungarystka.

– Nazwę fryzury tłumaczymy na język ojczysty następująco: spałam źle na każdym boku. A tak na poważnie to nie martw się, włosy nawet najkrótsze odrastają. – pocieszała matka nową edycję swojego dziecka.

A wiesz co Mima, mam jeszcze jedno zmartwienie… – zagaiła niespodziewanie Maniula. Chciałabym przenieść się z hungarystyki na slawistykę.

– Przenoś się gdzie tylko masz ochotę – odpowiedziała matka. Za moich młodych lat nie mieliśmy możliwości ani świadomość, że języki obce będą nam potrzebne. Długi czas byłam przekonana, że znajomość dwustu pięćdziesięciu odgałęzień nerwu trójdzielnego będzie mi bardziej w życiu potrzebne niż znajomość języków obcych. Co więcej miałam lunetowate widzenie medycyny i głębokie przekonanie, że tylko szpital jest jedynym miejscem jej uprawiania.

– Co to znaczy wiedzenie lunetowate? – zaytała Maniula.

– Widzisz tylko to co jest w środku pola, a nie masz pojęcia co się dzieje na jego obwodzie – objaśniła Matylda. Środek pola to tylko lokalizacja, a nie zawsze wysoka ranga.

                                                   ***

Matylda dla poprawy samopoczucia zawodowego postanowiła wysłać kilka abstraktów na kongres chorób wszelakich w Paryżu.  Pomyślała, że wymiana ukłonów z różnymi vipami medycznymi na kongresie korzystnie wpłynie na jej niezidentyfikowany wizerunek. Po kilku rozmowach z kolegami z sąsiadującego oddziału chorób wszelakich przygotowała merytoryczną treść trzech doniesień i zalogowała się na stronie kongresu aby zająć się ich internetową ekspedycją. Ku jej zaskoczeniu  zmora afiliacji grasowała także na tym kongresie.

-Co zrobić? Jak z tego wybrnąć? Jakim sloganem  zapełniającego kratki programu komputerowego,  – zastanawiała się Matylda.- Mam! – zawołała sama do siebie. Napiszę NZOZ w Wielkim Mieście. Program nazwę połknął i nie protestował przeciwko jej brzmieniu. Z biegiem lat forma ewoluowała ku jeszcze bardziej wyrafinowanej postaci, brzmiała ona: Praktyka Lekarska pro Auctore et Familia, jednak parę dziesiątków lat upłynęło zanim Matylda wpadła na te pomysł.

Hierarchiczność, wiernopoddaństwo, sztywne kanony powtarzane bezrefleksyjnie od lat w medycynie były tym co kompletnie   medycynie kłócił się z jej wolnym duchem.

Otwierając kolejnego dnia pocztę napotkała zaproszenie skierowane do nowych autorów z korporacyjnego miesięcznika Lekarskie Diagnozy (LD). Kto nie ryzykuje ten nie… podróżuje na kongresy oczywiście – oznajmiła samej sobie. Napisała artykuł o wypaleniu zawodowym lekarzy i ku jej miłemu zaskoczeniu został on zakwalifikowany przez redaktora naczelnego do druku. Odzew od obolałych i wypalonych czytelników zachęcił ją do posłania kolejnego tekstu polemizującego z mitami na temat zawodu lekarza. Wymyślanie następnego tematu było zajęciem wymagającym zaangażowania sporej liczby szarych komórek, na szczęście z pomocą pośpieszył jej redaktor naczelny Marek Markiewicz.

-Matylda, a może byś napisała coś o lekarskich bazgrołach? – wysapał do telefonu.

-Dzięki za podrzucenie tematu, już się biorę do roboty – odpowiedziała Matylda.

Temat był na tyle dobrze znany, że artykuł powstał w dwa dni. Dla zilustrowania zagadnienia zamieściła Matylda fragment historii choroby nabazgrolonej przez jednego z mistrzów w tej konkurencji z dawnej drużyny Wielkosza i poprosiła aby czytelnicy nadesłali swoje wersje rozszyfrowanego tekstu. Ilość maili, która nadeszła do redakcji przeszła wszelkie oczekiwania. W tej sytuacji nie pozostawało nic innego jak kontynuowanie zgadywanki i nadanie nowej rubryce nazwy. Po krótkie dyskusji redakcyjnej zdecydowano się na  „To się zdarza. Rozszyfruj Lekarza!”  Matylda nieoczekiwanie stałą się posiadaczką afiliacji i tożsamości. Była to nadal medycyna ale w innymi wydaniu, któremu na imię było  dziennikarstwo medyczne.

Mając kolejne artykuły na koncie zdecydowała się aplikować o przyjęcie do Stowarzyszenia Dziennikarzy Medycznych (SDM). Skompletowała wszystkie swoje artykuły, nie wykluczając akademickiego nudziarstwa, wypełniła kwestionariusz z prośbą o przyjęcie, na którym  uzyskała rekomendację dwóch członków stowarzyszenia i z drżeniem serca złożyła dokumenty w sekretariacie SDM. Po dwóch miesiącach uzyskała informację, że jej podanie zostało pozytywnie rozpatrzone przez stosowne gremia. I tak po kilku latach szukania nowej tożsamości, przymiarek afiliacyjnych wyłoniła się z z niebytu nowa postać  – redaktor Matylda Przekora. Niegdysiejsza niewolnica powołania do medycyny uzyskała wolność i nową tożsamości niczym świadek koronny w procesie dowodowym o istnienie życia po byciu lekarzem. Tak przynajmniej Matyldzie się zdawało.

Powracając z kongresu w Paryżu rozmarzyła się w wizjach wolnościowych – oto ja niegdysiejsza niewolnica medyczna wracam z kongresu w Paryżu gdzie prezentowałam swoje doniesienie i nie musiałam nikogo pytać o zgodę na wyjazd. Można jednak wybić się na samodzielność – oznajmiła samej sobie Matylda. Gdy już miała całkowicie odpłynąć w krainę nieokiełznanej wolności do jej uszu dobiegły słowa:

-Czy jest na pokładzie lekarz? Jeżeli ktoś z państwa jest lekarzem prosimy o zgłoszenie się do personelu pokładowego.

-No tak pewnie ktoś dostał zatrzymania krążenia i będę musiała reanimować delikwenta. Tylko jak ułożyć ciało… już wiem wzdłuż przejścia między fotelami – postanowiła.

Rzeczywistość okazała się nie tak straszna jak sugerowała to wyobraźnia. Starszy pan poczuł duszność i prosił o pomoc. Personel pokładowy podał w międzyczasie tlen i sytuacja zdawała się normować.

-Od czego powinnam zacząć? – zastanawiała się Matylda. Tego na żadnych wykładach ani ćwiczeniach nie uczono! Pamiętam z pierwszego roku wykład o zaopatrzeniu medycznym marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych, wszystkie dwieście pięćdziesiąt gałązek nerwu trójdzielnego, literacki opis aury padaczkowej  i parę innych umiejętności pierwszej lekarskiej potrzeby, a od czego zacząć udzielanie pomocy na pokładzie samolotu nie wiem! Mam!

-Jestem dr Matylda Przekora – przedstawiła się po angielsku pacjentowi i jego żonie siedzącej obok.

-Zbadam panu puls aby zorientować się w ogólnym stanie pańskiego zdrowia, to bardzo cenna metoda, praktykowana od stuleci – dodała z miną profesjonalisty, który w owego pulsu potrafi wszystko wyczytać. Filmowym gestem ujęła przegub pacjenta i zatopiła się w analizie pulsu. Nareszcie coś przydało się z nauczania w  pierwszym semestrze w zakresie chorób wszelakich. Co powinniśmy ocenić? Już mam! Częstość, równość, miarowość, napięcie i porównanie w tętnicach jednoimiennych. Przed oczami stanął jej asystent z chorób wszelakich na trzecim roku. Z powodu kształtu czaszki mówiliśmy na niego Wieżowaty – rozrzewniła się Matylda. No dobra bez zbyt długiego wspominania – powiedziała sama do siebie w duchu.

-Pański puls jest prawidłowo częsty, równy, miarowy, dobrze napięty. Teraz porównam z pulsem po drugiej stronie. Matylda ujęła oba przeguby. O dobra wiadomość! Puls jest dobrze wyczuwalny po obu stronach.

Po tak gruntownym badaniu i tylu dobrych nowinach pacjent z oka mgnieniu poczuł się wyleczony.

-Pani doktor czy musimy lądować wcześniej, czy możemy bez problemów dolecieć do Wielkiego Miasta – dopytywała stewardesa.

-Wszystko jest pod kontrolą, możecie lecieć zgodnie  z planem – oznajmiła Matylda. Oderwanie od medycyny przypomniało jej lot samolotem. Mogła się oderwać na czas jaki, ale po pewnym czasie trzeba było wylądować na ziemi.

4.Wirtualność, realność i normalność

Niezależnie od osiągnięć dziennikarskich, doraźnych wydarzeń naukowych nierozwiązanym problemem pozostawała praktyka lekarska. Żując po raz kolejny temat Matylda zdecydowała się na zastukanie do drzwi kolejnej prywatnej placówki. Zgodnie z zasadą do trzech razy sztuka obie strony doszły do porozumienia i dylemat afiliacji został rozwiązany przynajmniej czasowo. Przyjmowała nieskomplikowane przypadki i zdawało się, że wszystko jest pod kontrolą. Kolejny dyżur dobiegał końca, gdy wpadł do poradni pacjent z kategorii ja muszę do doktora zaraz i natychmiast. Recepcja ze zrozumiem podeszła do potrzeb pacjenta i zawiadomiła dr Matyldę, że jeszcze jeden pacjent zmierza do jej gabinetu.

-Co pana do mnie sprowadza? – zagaiła Matylda.

-No pani doktor jest taka jedna sprawa… że gdy wracałem z urlopu… to zachciało mi się sikać… no i nie było widać żadnego WC na horyzoncie… więc poszedłem w krzaki…no i taka straszna rzecz mi się stała…

-Co się stało w tych krzakach? Proszę kontynuować swoją opowieść – Matylda oczami wyobraźni widziała już seks pozamałżeński, objaw pierwotny w miejscu typowym, wzywanie żony… – O losie okrutny, dlaczego mnie tak ciężko karzesz i w dodatku na koniec dyżuru? – zapytała los bezgłośnie.

No i  w tych krzakach pani doktor… jak się wysikałem… to mi kleszcz wskoczył na ten… tego… no na ten narząd.

– No tego jeszcze brakowało abym musiała kleszcza ewakuować – pomyślała Matylda lekko spanikowana.

-No i pani doktor, ja tego kleszcza sam próbowałem usunąć ale mi się rozkawałkował

– Czego pan ode mnie oczekuje? – zapytała Matylda bliska omdlenia.

– No, że mi pani doktor te kawałki usunie – wyznał pechowy pacjent.

-Proszę pokazać miejsce z kleszczem – oznajmiła dyplomatycznie Matylda i przystąpiła do oględzin.

No faktycznie widzę tu jakieś małe fragmenty, ale wie pan… tu trzeba innego fachowca niż ja. Postaram pana umówić do odpowiednich kolegów. Za trzecim telefonem udało się uzyskać deklarację przyjścia z pomocą pechowemu pacjentowi.

-Bardzo pani dziękuję – entuzjastycznie zawołał pacjent.

-Tylko niech pan po drodze po ciemku nigdzie nie sika, bo znowu coś pana zaatakuje – oznajmiła Matylda i przystąpiła do pakowania swojego sprzętu. Ja już się chyba nie nadaję do niesienia pomocy będącym w potrzebie, baterie mi się wyczerpały. Zjeżdżam do bazy.